Tomasz Zimny. 25 lat w zawodzie fryzjera

183

Do swych największych sukcesów zalicza: złoty medal Mistrzostw Polski 2005, srebrny medal Mistrzostw Europy 2007 oraz srebrny medal drużynowy Mistrzostw Świata 2008.

Minęło 25 lat Pana pracy zawodowej. To piękna rocznica. Czy to czas na podsumowanie?

W zasadzie 26. Naukę rozpocząłem w 1993 roku, nietypowo, ponieważ skończyłem liceum wojskowe i byłem faktycznie bez środków do życia. Jedyne oparcie stanowiła ciocia, która przez pierwszy rok zapewniła mi dach nad głową i jedzenia.

„Tomasz Zimny – Profesjonalne Usługi Fryzjerskie” to firma rodzinna, pracuje ze mną moja żona Joanna, siostra Ewelina i córka Dominika. Obecnie prowadzimy dwa salony w Olsztynie, z których jeden (zlokalizowany na ul. Piotrowskiego) jest przeznaczony na szkolenia. Ze stworzenia tego miejsca jestem szczególnie dumny. Od dwóch lat jestem nauczycielem praktycznej nauki zawodu w olsztyńskim technikum fryzjerskim. Prawie 19 lat uczestniczyłem czynnie w zawodach fryzjerskich oraz szkoleniach krajowych i zagranicznych w takich akademiach jak Mahogany, Vidal Sassoon, Roland Strasser, czy Tony and Guy. Od zawsze moją pasją było strzyżenie włosów i przyświecał mi jeden cel: strzyc tak, aby kobieta (czy mężczyzna) nie musiała się później czesać… prawie.

Czas na podsumowanie nachodzi mnie co 5 lat. W tym roku kończę 45 lat, i myślę, że mam jeszcze przed sobą jakieś 15-20 lat, mam nadzieję, twórczej pracy.

Dlaczego został Pan fryzjerem? Jak to się wszystko zaczęło?

Pierwszy powód dla którego zostałem fryzjerem był prozaiczny, trzeba było jakoś zarabiać, a strzyżenie było jedynym pomysłem na życie do którego czułem jakieś predyspozycje. Przez ostatnie 3 lata mieszkania w internacie strzygłem wszystkich moich kolegów z klasy i nie tylko. Nie sądziłem wówczas, że to stanie się moją pasją i sposobem na życie. To dawało mi pewność, że jakieś predyspozycje do tego zawodu miałem, ale szybko okazało się, że takie domowe strzyżenie jest co najwyżej skracaniem włosów i nie ma nic wspólnego ze sztuką fryzjerską. Przyznaję, że to na początku było dla mnie szokiem i miałem szczerą chęć zrezygnować.

Kto był Pana wzorem? Mentorem?

Nie miałem jednego mentora. Jeśli chodzi o zawody fryzjerskie to oczywiście Aleksander Stankiewicz, olsztynianin. Ale zanim doszło do startów, wielkie podziękowania należą się mojemu mistrzowi, pani Mariannie Kanabrodzkiej. To ona przyjęła mnie na praktykę i umożliwiła zdobycie zawodu. To pod jej wpływem zacząłem brać udział w konkursach.

W jaki sposób dostał się Pan do Polskiej Kadry Fryzjerskiej i jakie były największe jej sukcesy?

Nominację do kadry zdobyłem w drodze eliminacji w 2001 r. Wtedy już prowadziliśmy swój pierwszy 10 m2 salon, na drugim piętrze, zupełnie niewidoczny. W konkursach widziałem szansę na rozwój własnego biznesu. Pierwszy start w mistrzostwach świata zaliczyłem w 2004 r. w Mediolanie. W tym momencie brakowało mi jeszcze doświadczenia i obycia ze sceną. Na sukces musiałem poczekać. Na pewno uczestnictwo w treningach kadry narodowej pozwoliło robić ogromne postępy. Wówczas trenerami kadry byli nasi mistrzowie: Aleksander Stankiewicz i Tadeusz Degowski oraz niemiecka mistrzyni Aleksandra Kempf. Każde spotkanie w studiu szkoleniowym Wella w Warszawie sprawiało, że robiłem postępy i czułem się coraz swobodniej na scenie. Zdobycie MP w 2005 r. było niesamowitym przeżyciem i uwieńczeniem 10 lat startów. Pierwszy raz w MP wziąłem udział w Katowicach w 1995 r. gdzie jako junior byłem czwarty. To była bardzo długa i męcząca podróż. Bardzo dużym utrudnieniem w tamtym czasie były starty na modelach. Pozyskanie odpowiedniego modela, który spełniałby wszystkie oczekiwania i kryteria konkursowe było nie lada wyzwaniem. Bywało, że modele rezygnowali z udziału w konkursie przed samym startem. Sam tego doświadczyłem przed startem w 2004 r. w Mediolanie. Na szczęście w 2005 r. w Poznaniu trafiłem na kompetentnych modeli i cel został osiągnięty. Ze wszystkich medali właśnie ten cieszy mnie najbardziej.

Mimo, że dobrze mi szło i byłem w kadrze na MŚ 2006 w Moskwie, niestety w tym konkursie, ze względów zdrowotnych, nie mogłem wystartować. Na start w 2007 r. czekałem z niecierpliwością. Mistrzostwa Europy we Frankfurcie były poprzedzającą imprezą MŚ 2008 w Chicago. Chciałem pokazać swoją gotowość do startowania na najwyższym poziomie i ugruntować pozycję w kadrze narodowej. Srebrny medal utwierdził mnie w przekonaniu, że warto walczyć do końca i że start w Chicago jest możliwy. Było tylko jedno ale. Sfinansowani zostali tylko trzej zawodnicy. Jeśli chciałem wystartować to za własne pieniądze. Ostatecznie udało mi się pożyczyć kwotę, która pokryła koszty startu, zakwaterowania i możliwości trenowania pod okiem włoskiego mistrza Renzo Chinellato.

To był przełomowy moment w mojej zawodniczej karierze, czułem, że nie mogę sobie odpuścić i było warto, srebro w drużynie, 5 miejsce indywidualnie. Startowałem jeszcze kilka razy, ale takiego team spirit już nie czułem. Skończyły się starty na modelach i mimo tego, że to bardzo zawodny element konkursowej machiny, to właśnie oni nadawali widowiskowości mistrzostwom. Obecnie starty odbywają się na specjalnych manekinach. Jest to na pewno ułatwienie, ale uważam, że dla widzów widowisko jest słabsze.

Obecnie jest Pan fryzjerem, zajmuje się Pan edukacją, przygotowuje sesje z kolekcjami fryzjerskimi. Co Pan lubi najbardziej?

Gdy tylko zacząłem pracować w tym zawodzie wiedziałem, że chcę uczyć. To się chyba czuje. Widziałem na swoim przykładzie, że jedna koleżeńska podpowiedz skraca radykalnie i przyspiesza naukę. To jest pewna magia. Próbujesz wykonać jakieś strzyżenie, ciągle ci nie wychodzi i nagle jedna podpowiedz zmienia wszystko. Dzielenie się wiedzą to ważny element twórczego procesu, kiedy uczymy innych to nasz poziom też rośnie. Mistrz także rozwija się dzięki uczniowi.

Sesje zdjęciowe, przygotowywanie własnych autorskich kolekcji to możliwość realizowania bardziej śmiałych pomysłów, na które nie zawsze możemy sobie pozwolić w codziennej pracy. To też ucieczka przed rutyną. Bardzo lubię realizować i umieszczać swoje fryzury w jakimś plenerze. Lubię jak fryzura jest elementem większej całości. Połączeniem ubioru, makijażu itd., a nie tylko technicznym aspektem. Jednego razu zobaczyłem u kolegi stary motor Viktoria z 1937 r. I tak powstały potem zdjęcia modeli przy pobliskim stawku inspirowane Ton Up Boys, gangami motocyklowymi z lat 60.

Skąd czerpie Pan inspiracje i pomysły w swojej pracy?

Najbardziej inspirują mnie inni fryzjerzy. Szczególnie ci, którzy zajmują się strzyżeniami, jak grupa artystyczna Allilon, Vidal Sassoon, Stacey Broughton, Mazella and Palmer oraz oczywiście gwiazdy filmu, muzyki, projektanci mody, architektura, malarstwo, przyroda, wszystko co mnie otacza, co wzbudza moje zainteresowanie. Za bardzo inspirujące uważam nasze czasopismo Kamag. dzięki jednemu z artykułów tej gazety powstały nasze zdjęcia Top Gun. Ale czasami zwyczajnie widzę jakąś urodę i nagle jest impuls do działania.

Co Pan najbardziej kocha w tym zawodzie?

Możliwość sprawiania radości innym. Uśmiech na twarzy zadowolonego klienta jest najlepszą zapłatą.

Co jest w tym zawodzie najważniejsze, jakie rady daje Pan zaczynającym pracę w tym zawodzie?

Każdy adept sztuki fryzjerskiej musi zrozumieć, że ten zawód głównie polega na służeniu drugiemu człowiekowi, na doskonałym opanowaniu techniki, bo tylko wtedy możemy tworzyć sztukę. I trzeba lubić ludzi.

Jakie zmiany dostrzega Pan na rynku na przestrzeni tych lat?

Na przestrzeni lat obserwuję o ile bardziej ludzie są świadomi tego czego chcą. Nikt już tak ślepo nie podąża za modą. Jakość usług poszła bardzo do góry, szczególnie jeśli chodzi o serwis. Jakość narzędzi jest o wiele większa. Możliwość zakupu tych narzędzi! Bardzo dynamicznie rozwija się rynek salonów przeznaczonych dla mężczyzn i myślę, że jesteśmy przed wielkim bum na krótkie fryzury typu twiggy lub pixie. No i możliwość prezentowania swoich fryzur w mediach społecznościowych, czyli wpływ technologii na branżę fryzjerską. Możliwość komunikowania się między fryzjerami na całym świecie bez żadnych ograniczeń. Wymiana informacji nie do pomyślenia jeszcze 20 lat temu.

Jakie plany na przyszłość?

Moje plany to doskonalić i rozwijać ofertę szkoleniową z zakresu strzyżenia, rozwijać biznes, pomagać innym fryzjerom odkrywać swój talent i być każdego dnia coraz lepszym według zasady: dziś będę lepszy niż wczoraj, jutro będę lepszy niż dziś!